Z zapisków Cafera Torosa, pierwszego miecza Żelaznej Marchii
Minęło kilka miesięcy od naszej pamiętnej wyprawy do pogrzebanego kompleksu świątynnego pod wzgórzami na północy. Almithara i Badri wrócili do pełni sił i spędzali mnóstwo czasu na tajemnych naradach z wyższymi kręgami duchownych różnych kościołów, a także przedstawicielami Kręgu Czarnoksiężników, którzy licznie przybywali do stolicy Czterech Marchii. Ingrid została w mieście - Almithara i Badri często korzystali z jej rozległej, archeologicznej wiedzy i praktycznego doświadczenia w badaniu ruin, a sama awanturniczka chętnie korzystała z nieograniczonego dostępu do wszystkich zbiorów biblioteki Pani Świtu. Ja również zostałem w pobliżu... ze względu na Almitharę.
Pewnego dnia, dyskusje i badania sytuacji w lochu nagle się zakończyły. Wszyscy opuścili główny hall biblioteki, zwoje i zapiski sprzątnięto, a naszą czwórkę wezwano przed oblicze Najwyższej Kapłanki Aimirii. Godzinę później byliśmy już na pokładzie łodzi, która prując fale, niosła nas w stronę dzikich wysp na południowym morzu. Almithara i Badri byli jak zawsze milczący, ale Ingrid zdradziła mi, że odkryli potencjalny związek między mocą korumpowania smoków, którą posiadł Lord Thaqi, a kultem boga, którego świątynię badaliśmy. Możliwe, że zarówno złoty smok jak i mroczna bestia, która zawładnęła świątynią, miały skryte motywy swego postępowania. Odpowiedzi mamy szukać wśród mokradeł i dżungli Wyspy Paproci
1. Kierując się mapą zdobytą przez Badriego od jednego z czarnoksiężników w stolicy, trafiliśmy na ruiny pochłoniętego przez dżunglę miasta. Badri twierdzi, że ma ono jakiś związek z Lordem Thaqi.
2. Przerażający katoblepas żerował na dziedzińcu dolnego miasta! Samo spojrzenie bestii potrafi zatrzymać serce mniej odważnych podróżników. Na szczęście, dla nas to nie pierwszyzna i uporaliśmy się z tą przerośniętą krową raz dwa.
3. Miasto jest w dużej części pożarte przez dżunglę. Żywe ściany odcinają całe dzielnice, dach z liści i gałęzi jest momentami tak gęsty, że czujemy się jakbyśmy wędrowali przez poziemne tunele. Jednak plac, na który weszliśmy jest prawie całkowicie pozbawiony roślinności. Zbrązowiałe, uschnięte pnącza wystają spomiędzy dużych kamiennych bloków, z których ułożona jest powierzchnia. Na podwyższeniu, na środku rynku, stała wielka kamienna misa pokryta dziwnymi inskrypcjami. Almithara zabroniła nam zbliżać się do niej - sama podeszła do niej ostrożnie i skopiowała znaki wykute na jej powierzchni. Podczas całego procesu Badri szeptał pod nosem inkantacje, w których rozpoznałem ochronne zaklęcia. Jakiekolwiek mroczne rytuały odprawiano w tym miejscu, ich kilkuset-letnie powidoki były nadal wystarczająco potężne, by powstrzymać dżunglę i zaniepokoić naszą kapłankę i maga.
4. Almithara potwierdza, że ród Thaqi mieszkał kiedyś w tym mieście - odnalazła jego rodowe symbole wśród run na kamiennej misie. Kontynuujemy przebijanie się na północ - Ingrid mówi, że zgodnie z jej wiedzą, place rytualne zwykle otoczone były przez kompleksy świątynne. Jeśli mamy znaleźć informacje o przeszłości Thaqi, to największe szanse mamy w jednym z pałaców władców-kapłanów. Niestety tą częścią miasta władają zgoła inne stwory - trolle! Zielonoskóre i porośnięte dziwnymi naroślami, były niemal niewidoczne pośród gęstwiny porastającej ulicę. Wyskoczyły na nas z ukrycia raniąc Badriego i Almitharę. Na szczęście czarownik miał na podorędziu jeden ze swoich czarów - uśpił stwory, a ja i Ingrid "zajęliśmy" się nimi.
5. Ulica prowadząca do zachodniego pałacu została całkowicie zablokowana przez drzewa i grube jak udo pnącza. Postanowiliśmy spróbować przedostać się do posiadłości podziemnymi tunelami i piwnicami. Niestety, wilgoć i stęchlizna to ulubione warunki życia dla gigantycznych stonóg. Musiałem sporo się namęczyć, by wyrąbać nam drogę wśród korzeni i tych paskudnych, przerośniętych insektów.
6. Jedyną nagrodą za mój wysiłek był Pożeracz Żelaza. O jego obecności ostrzegły nas rdzawe ślady na ścianach i podłogach - pozostałości po kandelabrach, żelaznych półkach i mocowaniach, które pożarł stwór. Podczas gdy reszta drużyny pozostała w tunelach, ja udałem się na łowy. Przemknąłem szybko przez dziedziniec i wdrapałem się na złamaną kolumnę nad wejściem do pałacu. Zapach żelaza w moim ekwipunku wywabił wkrótce stwora z leża. Nim ten zorientował się, gdzie się ukryłem, byłem już nad nim. Skok, pchnięcie i koniec - martwy Pożeracz leżał u mych stóp. A teraz, droga powrotna przez piwnice pełne robactwa...
7. Robactwa i Orków! Gdy przedzieraliśmy się przez gęstwinę pod budynkami, znikąd wyskoczył na nas pół-dziki ork! Pokryty czarnymi tatuażami, z kamiennymi i kościanymi ozdobami o geometrycznych kształtach. Almithara zasłoniła Badriego, ale niemial przypłaciła do życiem, gdy nabijana obsydianem pałka trafiła ją w bok. Na szczęście Badri miał na podoręcziu coś specjalnego - magiczny piorun trafił orka paląc go i oszałamiając. Z pewnym zdziwieniem zauważyłem, że naszyjnik na jego szyi był identyczny z tym, który nosił Ork ściagny przez Złotego Smoka. Czyżby tamten wojownik uciekł przed smokiem przez pół kontynentu? Co tak ważnego miał, lub skrywał, że smok postanowił go dopaść?
8. Szczury! Nienawidzę szczurów!
9. Uporaliśmy się ze stadem szczurów i przeszliśmy na druga stronę głównej alei miasta. Ingrid mówi, że to dzielnica a handlowa i urzędnicza - jeśli nic nie udało się znaleźć u kapłanów, to może tu pójdzie nam lepiej. Niestety, los postanowił ze mnie okrutnie zakpić - ledwo weszliśmy na mały ryneczek, gdy znów zaatakowały nas nieumarłe szczury! Tym razem byliśmy lepiej przygotowani i rozprawiliśmy się z nimi szybko, ale chyba do końca życia będą mnie prześladować te przeklęte gryzonie.
10. Dzielnica handlowa lepiej przeżyła ostatnie stulecia. Wprawdzie dżungla zaczęła powoli przejmować ulice, ale te nadal były przestronne i dość wygodne. W pewnym momencie dotarliśmy do skrzyżowania, a na nim... Thaqi! Wykuta w żółtym kamieniu rzeźna przedstawiała Thaqi we własnej osobie! Czyżby mroczny władca smoków żył dłużej niż nam się wydawało? Czemu dopiero teraz zaczął działać? Ingrid podeszła do rzeźby jako pierwsza i delikatnie jej dotknęła - a ta rozpadła się w pył!
11. Zapuściliśmy się głęboko w dzielnicę - wspinając się po krętych ulicach. W końcu wyszliśmy ponad korony drzew i mogliśmy w całej okazałości podziwiać bezmiar dżungli jaka nas otaczała. Niestety, wróg nie dał nam zbyt wiele czasu na podziwianie widoków. Z na wpół zrujnowanych, starożytnych domostw wypadło na nas czterech goblińskich wojowników. Ubrani w spódniczki z trawy, z kościanymi kolczykami przebijającymi nozdrza i uszy, uzbrojeni w pałki nabijane obsydianem. Na pewno wzorowali się na Orku, którego spotkaliśmy wcześniej, ale nie mieli nawet ułamka jego zdolności - walka skończyła się szybciej niż się zaczęła. Na kolejnym wzgórzu można dostrzec ruiny jakiejś fortecy. Ruszamy.
12. Więcej robactwa! Powoli zaczynam się zastanawiać, czy bardziej nie cierpię tych stonóg, czy szczurów...
13. W końcu chwila oddechu. Mury fortecy zachowały się w dość dobrym stanie, a gdy weszliśmy w bramę łączącą blanki trafiliśmy na dobrze zachowaną zbrojownię. Uzbrojenie jest prymitywne, ale w dobrym stanie. Uzupełniliśmy zapasy, odpoczęliśmy chwilę i ruszyliśmy przed siebie.
14. Kamienne tunele ustąpiły wydrążonym w ziemi norom. Niemal zbyt późno zorientowaliśmy się, że to leże goblinów - tym razem zaatakowały w sile. Na szczęście brakuje im zdolności taktycznych i niemal weszły mi pod miecz - jednym ciosem ściąłem trzy głów, drugim kolejne trzy. Almithara dokończyła dzieła.
15. Z golińskich tuneli wyszliśmy prosto na skąpany w słońcu dziedziniec fortecy. Gdy nasze oczy przyzwyczaiły się do ostrego światła, zobaczyliśmy przed sobą cielsko kolejnego smoka! Kolejna ze splugawionych bestii Thaqiego - na szczęście spała. Jej niegdyś zielone łuski, ociekały teraz czarną, lepką mazią przypominającą smołę. Zakradliśmy się do niej ostrożnie i na mój znak zaatakowaliśmy wspólnie. Niestety nie to nie wystarczyło - bestia, choć ciężko ranna, poderwała się i pochwyciła Badriego! Mag szamotał się wyjąc, Almithara i Ingrid uderzały w łapę bestii by ta go puściła, lecz wszystko na nic. Na szczęście mój miecz odnalazł serce bestii i ta martwa zwaliła się u naszych stóp.
16. Badri jest ponownie przekonany, że smok musiał ukryć gdzieś więcej skarbów i naciska byśmy zwiedzili komnaty na południe od leża. Ponownie trafiliśmy zamiast tego na siedlisko mykonidów! Może jest jakiś związek między chorobą toczącą smoki a tymi dziwnymi grzybo-bestiami?
17. Kaplica zamkowa zdominowana była przez ołtarz - wyglądał na ołtarz starożytnego bóstwa i Ingrid rzuciła się od razu odczytywać inskrypcje na jego powierzchni. Po kilku minutach osunęła się bezwładnie na ziemię! Jakaś klątwa lub zaklęcie musiało chronić ołtarz przed spojrzeniem niewiernych. Na szczęście Almithara była w stanie ocucić naszą archeolożkę.
18. Kolejny ślepy zaułek opanowany przez mykoidy - wypełniły swoimi ciałami cały korytarz, wydawały się wychodzić ze ścian! Bałem się, że mogą nas zalać samą swoją masą, ale na szczęście Badri trzymał asa w rękawie - uśpił większość z nich, a z resztą już sobie poradziliśmy.
19. Może Badri miał tym razem nieco racji. Zachodni korytarz jest najeżony pułapkami - na szczęście Ingrid nie straciła czujności po spotkaniu z pradawnym bóstwem i była w stanie je rozbroić. Co więcej, jedna z pułapek miała skusić głupców za pomocą fałszywego złota - wzięliśmy je ze sobą, może uda się je wykorzystać przeciw jakiemuś nierozgarniętemu mieszkańcowi tego miasta.
20. Trafiliśmy chyba do zamkowej biblioteki. Ingrid rozbroiła kolejne zagadki i mogliśmy spokojnie przeglądnąć zamkowe księgozbiory. Niestety, większość ksiąg zgniła przez wszechogarniającą wilgoć, inne są całe pokryte trującą, smoczą mazią. Wygląda na to, że smok zabezpieczył księgozbiór, a następnie przystąpił do jego sukcesywnego niszczenia - czy było tu coś co chciał ukryć? Odzyskać? Nie dowiemy się, ale udało nam się natomiast znaleźć wśród zrujnowanych książek magiczny zwój.
21. Niepozorny korytarz okazał się pułapką samą w sobie! Trujące strzałki, zapadnie, spadające z sufitu jadowite węże. Na szczęście Ingrid i tym razem nie zawiodła - choć odniosła rany. Światło pochodni skierowane na trzy centralne posągi odsłoniło niewielką nawę, a w niej... skarb!
22. Tym razem to moja wina - uznałem, że nawa ze skarbem oznacza koniec pułapek i zbyt szybko wszedłem do kolejnego pomieszczenia. Nim Ingrid zdążyła zareagować, poczułem przeszywający ból w lewym boku - wystrzelona ze ściany włócznia mnie ugodziła! Na szczęście, zbroja uchroniła mnie przed poważniejszymi ranami.
23. W małym pomieszczeniu natknęliśmy się na zaklętego hobgoblina. Szara skóra przypominająca zbutwiałe drewno, sztywny krok i puste spojrzenie. Rzucił się na nas, lecz gdy tylko przeszyłem go mieczem, rozpadł się w pył! W ręce ściskał magiczną różdżkę - Badri uważa, że moc zaklętego w niej czaru wprowadziła Hobgoblina w stan podobny do snu - nie umierał, ale też do końca nie żył...
24. Więcej hobgoblinów wyposażonych w magiczne kostury - równie zamroczone jak poprzedni i na szczęście równie podatne na ostrze mego miecza. Ingrid twierdzi, że korytarz od dłuższego czasu prowadzi w dół i powinniśmy się znajdować z powrotem na wysokości miasta. Plac na którym się znaleźliśmy jest tylko w połowie zasypany - zachodnia strona zapadła się i leży pod tonami błota i gruzu, ale na wschodzie widać jasną łunę - wygląda na to, że wracamy na powierzchnię!
25. Okrężną drogą wróciliśmy do kompleksu świątynnego! Więc ciągle istnieje nadzieja, że dowiemy się czegoś więcej o lordzie Thaqi i jego pochodzeniu, a może nawet odkryjemy sekret jego władzy nad smokami. Świątynny dziedziniec musiał służyć kiedyś kontemplacji i filozoficznym dysputom - teraz, sadzawka na środku służy za wodopój dla trolli. Na szczęście Badri zdołał uśpić je, a ja poćwiartowałem dokładnie ciała.
26. Jesteśmy w drugiej części gmachu, w którym polowałem na Pożeracza Żelaza. Ściana zieleni, pnączy i pni która zagrodziła nam wcześniej drogę, teraz okazała się być domem dla Mykonidów! Grzyboludzie rzucili się na nas znienacka i ciężko ranili zarówno mnie jak i Almitharę! Mam nadzieję, że szybko znajdziemy to, czego szukamy, bo nie jest tu bezpiecznie.
27. Archiwum świątynne! Wprawdzie strzeżone przez trolle, ale nie stanowiły dla nas większego wyzwania. Badri chce spędzić tu więcej czasu, ale ja wolałbym na razie sprawdzić pozostałe korytarze - kto wie, co może na nas z nich wyskoczyć...
28. Trafiliśmy do wewnętrznego sanktuarium kompleksu świątynnego. W przeciwieństwie do pozostałych pomieszczeń, to wyglądało na nietknięte przez ząb czasu - ani dżungla, ani potwory w niej mieszkające, nie odważyły się naruszyć spokoju tego miejsca i pięknego ołtarza, który się w nim znajdował. Poczułem, że jakaś niewidzialna siła przyciąga mnie do złotej figury zdobiącej ołtarz - wojowniczka w łuskowej zbroi, dzierżąca w ręku włócznię przyozdobioną piórami. "Bogini Chipauatototla - ptak oczyszczenia" usłyszałem za sobą głos Ingrid i wyciągnąłem rękę by dotknąć figury. Nagle poczułem ciepło spływające z ołtarza poprzez moją dłoń i ciało. Po chwili uczucie zniknęło, ale mój miecz mienił się delikatną poświatą - cokolwiek czyha na nas w tych podziemiach, bogini zaoferowała swoją pomoc.
29. Za sanktuarium znajdowały się prywatne pomieszczenia kapłanów. W większości nadgryzione przez ząb czasu, ale puste. W największych trafiliśmy na zjawę! Duch arcykapłana, który lamentującym głosem prosił nas o pomoc. Za życia sprzedał swoją wiarę za błyskotki i złoto - a teraz Bogini Chipauatototla nie pozwala jego duszy przejść przez sanktuarium by udać się na wieczny spoczynek. Jeśli pomożemy mu poświęcić bogini odpowiednią sumę kosztowności i złota, jego dusza będzie wolna, a on pomoże nam w naszej misji (500zł)
30. Wycofaliśmy się poprzez sanktuarium i wróciliśmy na główny plac świątynny - na szczęście Mykonidy tym razem nas nie niepokoiły. Południowa część kompleksu wydaje się być poświęcona innemu panteonowi - budynki są mniejsze, wyglądają na starsze, surowsze. Nadal są jednak równie niebezpieczne - gdyby nie szybka reakcja Ingrid wpadlibyśmy w kolejną pułapkę - ukryte wśród listowia zatrute ostrza spadły prosto na naszą ścieżkę!
31. Większość budynków dawno pochłonęła dżungla - i wydaje się, że taki stan rzeczy odpowiada bóstwom, które zamieszkiwały tę świątynię - tak przynajmniej twierdzi Almithara. Ingrid twierdzi, że ten kompleks powstał na długo przed samym miastem i poświęcony był kultom zwierząt i natury. Teraz owe zwierzęta i natura przejęły kompleks we władanie. Na szczęście jest tu dość spokojnie, wygląda na to, że potwory i zepsucie, którego źródłem jest lord Thaqi nie sięga tak głęboko. Tym razem wyższe siły przemówiły do Badriego, a nie do nie - jak w transie podszedł do plątaniany lian zwisających ze stropu i sięgnął wgłąb. Gdy cofnął rękę, ściskał w nim różdżkę snu! Wygląda na to, że los ma coś dla nas w planach.
32. Długo szliśmy przez wijący się żywy tunel - pnie i liany rosły tak blisko siebie, że nie sposób było zboczyć ze ścieżki. W końcu dotarliśmy do otwartej przestrzeni - tuż za dawnymi granicami miasta. Ucieczka z tego przeklętego miejsca jest kusząca, ale mamy jeszcze w środku niezałatwione sprawy - zawracamy.
33. Banda Hobgoblinów, zapewne idąc naszym śladem, zasadziła się na nas na środku kompleksu świątynnego. Na szczęście świadomi potencjalnych problemów zmieniliśmy szyk i udało nam się ich odeprzeć bez strat.
34. Nieumarli! Gdy wspinaliśmy się wąskimi korytarzami z powrotem do fortecy, z północnego korytarza wylała się na nas banda zombie! Poczułem jak moc, która spłynęła na nie w świątyni, próbuje wyrwać się na wolność i w niemal ślepym szale porąbałem ożywione trupy na kawałki. Niestety, z tego co z nich zostało ciężko stwierdzić do jakiej rasy należały za życia, ale jednogłośnie doszliśmy do wniosku, że pojawienie się nieumarłych właśnie tutaj musiało być znakiem od bogów. Ruszamy na północ.
35. Kolejne dwa pomieszczenia wypełniały kości - różnych kształtów i rozmiarów. Wygląda tak, jakby zamiast na cmentarzu, wszelkie martwe stworzenia zamieszkujące miasto były składowany w tych komnatach - czemu ktokolwiek miałby coś takiego robić?! Co gorsza, część szkieletów nie chciała leżeć spokojnie - próbowały wciągnąć nas w głąb stosów. Na szczęście młot Almithary miażdżył czaszki i gruchotał kościane ramiona nader skutecznie.
36. Wyszliśmy znów na otwartą przestrzeń - wąska ścieżka wije się wokół wzgórza, na którym zbudowano fortecę. Mam przeczucie, że tak jak południowy kompleks świątynny był tutaj długo przed postaniem miasta, tak i ta ścieżka prowadzi nas do jakiegoś ważnego miejsca, które powstało na długo przed wybudowaniem fortecy. Najpierw jednak musimy uporać się ze stworami, które wprowadziły się po upadku miasta - banda zielonoskórych próbowała stanąć nam na drodze, ale nie stanowili większego zagrożenia dla naszej drużyny.
37. Ścieżkę przecina seria gorących źródeł i wodospadów. Wspinanie się po kataraktach i przełomach w tym upale jest już męczące samo w sobie - co gorsza, rozmokłe tereny zamieszkuje gatunek olbrzymich, krwiożerczych żab. Bardziej uciążliwość niż realne zagrożenie, ale zmęczenie wszystkim nam daje się już we znaki.
38. Trafiliśmy na zagłębienie w zboczu góry - w środku kapliczka i wykute w skale nawy. Ingrid twierdzi, że było to kiedyś schronienie dla pielgrzymów - miejsce do którego zmierzamy musiało być ważnym punktem dla okolicznej ludności już tysiące lat temu i zatrzymywali się tu by odpocząć. Postanowiliśmy zrobić to samo - i przy okazji skorzystać z gorących źródeł. Odpoczynek dobrze nam zrobił, a dodatkowo Ingrid znalazła w jednym ze strumieni szkatułę pełną kosztowności! Zapewne jakiś bogaty pielgrzym zgubił ją podczas wędrówki. Odświeżeni, ruszamy dalej.
39. Teren się wyrównał, ruszamy przez plateau porośnięte gęstą, ale niższą roślinnością. Natknęliśmy się na obozowisko goblinów, ale dość szybko ostudziliśmy ich bojowe nastroje.
40. Dziwne spotkanie - w wydrążonym pniu dawno martwego drzewa, trafiliśmy na chatkę szamana. Zakutany w łachmany od stóp do głów, obwieszony talizmanami z kości, kamienia i drewna, otoczony gęstym dymem palonych ziół. Nie sposób było nawet rozpoznać jakiej jest rasy, a co dopiero stwierdzić jego wieku. Przestrzegł nas, że choć czekające na nas wkrótce niebezpieczeństwo wypróbuje wszystkie nasze siły, to musimy być gotowi na jeszcze większy wysiłek nim osiągniemy cel naszej podróży. Dziwne słowa, ale po wyjściu z kryjówki szamana, wszyscy poczuliśmy nagle dziwny przypływ sił - nasze rany zniknęły! Co więcej, choć dobrze rozumieliśmy słowa szamana, nikt z nas nie mógł sobie przypomnieć jego głosu, ani nawet języka w którym mówił...
41. Smok! Kolejny zatruty przez lorda Thaqi gad - tym razem gotowy na spotkanie z nami, ale my również byliśmy gotowi. Pomni słów szamana, staraliśmy się grać na czas, zwodzić bestię i oszczędzać siły. Choć walka nie była prosta, to wcześniejsze doświadczenia z pomiotami Thaqi nauczyły nas jak sobie z nimi radzić. Lekko poobijani, ale zwycięscy ruszyliśmy na południe - daleko w oddali widać tylne blanki fortecy, po drugiej stornie płaskowyżu.
42. Odgłosy walki ze smokiem wybudziły ze snu stado wielkich nietoperzy. Spadły na nas z wszystkich stron, kąsając i tnąc pazurami. Na szczęście magia Badriego i Almithary poradziła sobie szybko z tymi latającymi paskudztwami.
43. Na środku płaskowyżu trafiliśmy na cenotę - niewielki otwór prowadził do pokaźnej jamy wypełnionej w połowie ciepłą wodą. Gdy nasze oczy przebiły się przez parę wypełniającą pomieszczenie, odkryliśmy z radością, że dotarliśmy w końcu do celu naszej wędrówki! Wszystkie stalagmity wyrastające z dna jaskini zostały przekszztałcone w rzeźby - przedstawiające ludzi, gobliny, orki i inne, nie znane nam rasy! Stalaktyty znów pokrywało drobne, runiczne pismo, pełne religijnych odniesień, modlitw, dziękczynnych psalmów, ale także historycznych zapisków! Armia uczonych mogłaby spędzić tu całe lata i nadal nie odkryłaby wszystkich tajemnic tego miejsca, ale my musieliśmy jak najszybciej wyłowić stąd najważniejsze informacje, które pomogą nam pokonać lorda Thaqi. Ingrid i Almithara wspólnymi siłami odszyfrowały część napisów i udało nam się wydedukować przynajmniej zarys historii tego miejsca i miasta. Thaqi to nie imię - a nazwa rasy, która zamieszkiwała te tereny! Zmiennokształtna rasa, która poprzez "komunię" z członkami innych ras potrafiła przybrać ich cechy - a także sposób myślenia i głębokie zrozumienie ich potrzeb. Dzięki temu szybko wyrośli na doradców, rozjemców, sędziów i mędrców. Ale jak lord Thaqi zawładną smokami? Jak syn rasy sędziów i doradców przekształcił się w tyrana? Odpowiedzi musimy szukać dalej.
44. Vidar - legendarna Pierwsza Smoczyca lorda Thaqi! Najwyraźniej wysłana tu, by pilnować kompleksu - mieliśmy sporo szczęścia (albo boskiej opatrzności), że nie zauważyła nas gdy badaliśmy cenotę - brodząc po pas w wodzie bylibyśmy całkowicie bezradni wobec jej ataków. Na szczęście w korytarzach jej legowiska, z wieloma nawami i załomami, jej ognisty oddech nie był dla nas tak śmiercionośny, a ona nie był a w stanie manewrować w pełni swobodnie. Zgodnie ze słowami szamana - włożyliśmy w walkę prawie wszystkie siły. I udało się! Vidar padła martwa u naszych stóp! Jej przeżarte zepsuciem ciało zaczęło rozpuszczać się na naszych oczach, zmieniać, kurczyć, aż został z niego powykręcany szkielet, jakby poskładany z niepasujących do siebie kości. Czyżby Vidar nie była naprawdę smokiem, a przedstawicielem rasy Thaqi?
45. Zapuściliśmy się w głąb podziemnych korytarzy w poszukiwaniu odpowiedzi, a zamiast tego natknęliśmy się na kolejną bandę zielonoskórych - znaleźli korytarz w zboczu góry, który prowadził do tych jaskiń i urządzili sobie tu legowisko. Ta wiedza zaoszczędziłaby nam nieco wspinaczki, ale na chwilę obecną nic tu po nas, wracamy do kompleksu.
46. Ponownie spotkaliśmy szamana! Tym razem nie był jednak tak przyjaźnie nastawiony jak poprzednio! Zrzucił okrywające go łachmany i ukazało się nam oblicze lorda Thaqiego! Po chwili pierwszego szoku zorientowaliśmy się jednak, że coś jest nie tak. Jego oblicze zmieniało się, pływało, miało bardziej zwierzęce rysy, części ciała były nadgnite i zabandażowane, a w niektórych miejscach wyzierały kości - nieumarły! W naszych głowach rozbrzmiał triumfalny głos:
"Ha! Dziękuję głupcy! Pokonaliście moją siostrę Vidar, która dawno temu zatraciła się w swojej przemianie. Gdy pochłonę jej kości, odzyskam siły i będę mógł rzucić wyzwanie memu bratu Vimnarowi - którego znacie jako lord Thaqi! Co za buta! Uznał, że jest ostatnim z naszej rasy i może przyjąć z imię jej nazwę! Byłby nikim, gdyby nie pomoc moja i Vidar - to ja odkryłem sekrety komunii z potężnymi latającymi gadami! To Vidar odkryła, że ze zmianą postaci uzyskujemy nie tylko zrozumienie innych ras, ale także możemy sprawować nad nimi kontrolę! Nasze miasto wypełniło się pokornymi sługami z wszystkich zakątków świata, ale Vimnarowi nie było dość! Zaczął zmuszać do komunii samych Thaqich, w tym Vidar i mnie - ona popadła w szaleństwo, ja uciekłem w pół-śmierć. Ale teraz czas bym wrócił w całej swej potędze! Cały świat pokłoni się Vilarowi!"
Z tymi słowami, zmiennokształtna mumia rzuciła się do ataku. Na szczeście Vilar nie docenił naszych sił - mimo ran odniesonych w walce ze smokami, nadal byliśmy gotowi stawić mu czoło. Bez słowa, ale z bezbrzeżnym zdumieniem patrzył jak zadajemy mu kolejne rany, a nieumarły błysk w jego oczach stopniowo gasł. Pozostawił po sobie kupkę pyłu i złoty, zdobiony sztylet o wężowym ostrzu - Ingrid wyczuła w nim potężną moc, moc którą być może można obrócić przeciw lordowi Thaqi, czy też Vidarowi.
47. Ruszyliśmy na wschód - powrót przez płaskowyż i górskie zbocze niezbyt nam się uśmiecha, a powinniśmy być już blisko fortecy. Na razie jednak natknęliśmy się tylko na kolejne bagnisko pełne krwiożerczych żab
48. Za bagniskiem rozciągała się gęstwina zamieszkana przez Mykonidy - na szczęście nauczyliśmy się już sobie z nimi radzić.
49. Niestety, obeszliśmy cały płaskowyż z obu stron, i oprócz bandy hobgoblinów nie znaleźliśmy nic ciekawego - co gorsza, wygląda na to, że nie da się z tej strony wejść do fortecy. Czeka nas długa wędrówka w dół zbocza...
50,51, 52, 53, 54, 55. To była prawdziwa przeprawa - wszystkie stwory zamieszkujące te ruiny i dżunglę wyczuły chyba śmierć Vidar i Vilara - i postanowiły rzucić się sobie do gardeł w walce i schedę po włądcach tych ruin. Przebijaliśmy się przez grupy goblinów, Orków, kolejne zastępy Szkieletów i Mykonidów, a nawet napotkaliśmy Olbrzymiego Pająka, który wychynął ze swego legowiska! W końcu jednak udało nam się dotrzeć do bram miast i starożytnej przystani, przy której zostawiliśmy naszą łódź. Uzbrojeni w magiczny sztylet i wiedzę o prawdziwej naturze lorda Thaqi, opuszczamy raz na zawszę Wyspę Paproci.